Kto jest małpą, a kto osłem?

09.05.2021 | Kobiece przypowieści

Mam taką znajomą, która przemierzała przez kilka miesięcy Himalaje. Gdybyś spotkała tę osobę, to w pierwszym momencie mogłabyś się dać zwieść jej niepozornemu wyglądowi, ale nie daj się temu zmylić, bo gdy wsłuchasz się w jej głos, to możesz poznać, że drzemie w niej nieprzejednana siła. Lecz nie o tym będzie ta opowieść, tylko o pewnym niezwykłym spotkaniu, które odbyło się na jednym z jej szlaków, o którym opowiedziała mi kiedyś w pewnych okolicznościach, które można by nazwać wspólnym posiedzeniem przy ognisku, choć ogniska nie było to mogłabym przysiąc, że płonęło między nami.

Dawno, dawno temu, gdy była jeszcze młodym wędrowcem i zmierzała z wielkim plecakiem, w towarzystwie swojego męża, niosącego równie wielki plecak, do bazy na Mount Evereście, spotkała na tej drodze osobliwego towarzysza, który choć wielu osobom mógłby wydawać się bardzo prostą i niepozorną osobą, podobnie jak moja znajoma, niósł w sobie głęboką życiową mądrość. Trasa, którą szli, wiła się do góry niczym żmija, i za każdym zakrętem mieli już nadzieje, że będzie on tym ostatnim, lecz żmija nieubłagalnie wiła się i wiła i zdawała się nie mieć końca.

Obok nich, przemierzał tę trasę, być może już po raz setny, pewien tragarz. Niósł bagaże swoje i pewnych Niemców, którzy zatrudnili go do tego zadania. Mimo długiej, sprawiającej wrażenie braku końca trasy i wielkiego ciężaru, który niósł na swoich plecach, z jego twarzy nie schodził szeroki uśmiech. Szedł krok za krokiem, a pod nosem nucił sobie piosenkę, która w kółko wybrzmiewała z jego ust niczym mantra. Było to kilka hinduskich słów, po których następowało ich angielskie tłumaczenie: „I’m the donkey, you’re the monkey.”

Ciekawe, czy uśmiech na jego twarzy był wyrazem radości, czy też był uśmiechem wynikającym z głębokiego dystansu do siebie samego, swojego losu i efektem pogodzenia się z nim? Być może był nieodgadnioną mieszanką i przepisem na tajemnicę, która pozwala pogodnie iść przez życie. Lecz na tym nie kończy się ta historia, choć mógłby to być już wystarczająco dobry koniec.

Ów przewodnik towarzyszył znajomej i jej mężowi na trasie i od czasu do czasu na tej oto drodze pojawiał się znak, który zapraszał do zboczenia z trasy i udania się do fabryki serów z jaków. Tragarz był serowym łasuchem. Moja znajoma również. I mimo iż zboczenie z trasy na serową przyjemność wydłużało wędrówkę o pół godziny, to za każdym razem, gdy pojawiało się zaproszenie, tragarz spoglądał na moją znajomą i uśmiech na jego twarzy stawał się jeszcze szerszy, po czym mówił -Idziemy?-

No i szli. Na ser.

Tym samym nadrobili kawał drogi, udając się co rusz na serowe przyjemności. Do bazy dotarli zmęczeni z brzuchami pełnymi sera z jaków. Być może wszyscy kiedyś dotrzemy do bazy, lecz to w jaki sposób przejdziemy drogę i czym nakarmimy swoje brzuchy pozostaje otwartym pytaniem. Na tej drodze spotykamy najróżniejszych nauczycieli, czasem zupełnie niepozornych, z szerokim i nieco tajemniczym uśmiechem na twarzy.

Opowieść podarowana i opowiedziana przez Martę Rygiel. W zmienionej przez moją pamięć wersji. 

 

0 komentarzy

Wyślij komentarz

POWIĄZANE WPISY

Czego pragną kobiety?

Czego pragną kobiety?

Król zgodził się ochoczo, ponieważ sądził, że rok jest wystarczająco długi, aby znaleźć odpowiedź na każde pytanie. Czarnoksiężnik uśmiechnął się podstępnie i wypowiedział pytanie: -Czego pragną kobiety?-

czytaj dalej

Pin It on Pinterest